Roman Maciejewski

Człowiek - Twórca

A jak tak sprecyzowane poglądy na życie wpłynęły na twórczość i karierę Maciejewskiego? Po części odpowiedź została podana już w cytatach mówiących o ogólnej filozofii życia kompozytora, kiedy pisał, że działalność zawodowa przestała być dla niego priorytetowa, a liczył się przede wszystkim sam fakt istnienia. Czasem używał nawet bardzo dobitnych słów:

Kontynuacja zainteresowań twórczych jest teraz z mojej strony właściwie kompromisem. Tęsknię do chwili, kiedy będę mógł poświęcić się wyłącznie medytacji i zwrócić się do sfer, o których już na podstawie własnych doświadczeń powiedzieć mogę, że nieskończenie przewyższają wszelkie manifestacje człowieczeństwa w sztuce i muzyce.

[J. Cegiełła, Szkice do autoportretu polskiej muzyki współczesnej, Kraków, 1976, s. 172.]

Takie przekonania doprowadziły do chyba niespotykanej sytuacji, w której kompozytor czuł imperatyw twórczy i chciał działać jako artysta, ale nie dbał o odbiorcę i recepcję swoich dzieł:

[…] stoję z dala od wirów publicznej aktywności artystycznej, […] nie mam kontaktu ani z publiką, ani z agentami, czego znakiem jest pusta kieszeń i nazwisko, znane tylko garstce. Ale za to mam czas, zdrowie i zadowolenie z dokonanego obowiązku.

[List R. Maciejewskiego do Zygmunta Maciejewskiego, 04.04.1957.]

Żyję sobie tutaj spokojnie i cichutko i bardzo mi z tym dobrze – do zarabiania większych pieniędzy nie nadaję się – muzyka nie jest dla mnie dojną krową – do której trzeba się dostać, pchając się siłą i podstawiając innym nogi. – Może sobie jeszcze kiedyś gdzieś pogram albo podyryguję – ale ja tego nie forsuję.

[List R. Maciejewskiego do Bronisławy Maciejewskiej i J. Maciejewskiej, sierpień 1967.]

Nie forsował się też jeśli chodzi o tempo pracy. Poświęcenie blisko 15 lat na pracę nad Requiem było niezwykłym dla większości twórców komfortem:

Zdarzały się w moim życiu okresy, kiedy zapadałem w milczenie, bo chcąc wyrazić siebie, przekazać swą wewnętrzną prawdę, trzeba ją najpierw poznać, a najlepsza ku temu droga wiedzie – jak sądzę – poprzez milczenie i wsłuchanie się w siebie. Sprzyja temu odsunięcie się od bieżącego wiru życia. Wtedy też wchodzi się w pewną bezczasowość, która pozwala o wiele łatwiej odnaleźć właściwy stosunek do Czasu, w którym się żyje.

[L. Winnicka, W poczekalni nieba. Rozmowy o życiu i śmierci, Warszawa 1999, s.138.]

Ów stosunek do „Czasu” powodował, że Maciejewski był wolny od jakichkolwiek nacisków: omijał pracę w systemie korporacyjnym, unikał zleceń (nawet od największych artystów), nie adorował publiczności, dystansował się od panujących trendów, gwarantujących większe zainteresowanie jego artystycznymi dokonaniami:

Istnieją dwa rodzaje muzyki […]. Jedna odzwierciedla ducha czasu. Druga stoi ponad granicami czasu.

[Wywiad z R. Maciejewskim, „Gőteborgs-Posten Nordost”, 20.11.1980., tłum. Natalia Walawender]

Moja artystyczna wypowiedź musi być szczera i autentyczna. Nie mogę iść za głosem zmieniającej się mody. Jest mi to obce.

[L. Winnicka, W poczekalni nieba. Rozmowy o życiu i śmierci, Warszawa 1999, s. 139.]

Dla szczerości i autentyczności kluczowa była za to siła emocji, poddana jednak kontroli intelektu, przy wykorzystaniu kompozytorskiego rzemiosła:

Starałem się zawsze tworzyć świadomie, motorem zaś tej twórczości było moje życie emocjonalne. […] Pracując, znajdowałem się zawsze w napięciu emocjonalnym i zawsze kontrolowałem to napięcie moim intelektem, moim doświadczeniem w rzemiośle.

[T. Kaczyński, Rozmowa z Romanem Maciejewskim, „Tygodnik Powszechny”, 19.03.1995.]

To, że muzyka, jak zresztą i inne nauki, zeszła na psy, należy między innymi również przypisać zanikowi znajomości swego rzemiosła wśród kompozytorów. Dawniej znali kompozytorzy swe instrumenty na pamięć. Wszyscy byli instrumentalistami, grali przeważnie na jakimś instrumencie smyczkowym i często byli śpiewakami. Instrumenty, na których sami nie grali, studiowali bardzo gruntownie, żeby nie napisać niczego, co by było przeciwko naturze instrumentu, albo przekraczało jego możliwości. Jedynym niemal instrumentem, na którym dzisiejsi kompozytorzy grają, to fortepian. Ale pożal się Panie, jak oni na tym fortepianie grają. Grą zresztą trudno zazwyczaj ten hałas nazwać, jaki oni drewnianymi palcami przy akompaniamencie wołowego głosu wyczyniają. […] A o inne instrumenty zupełnie, ale to zupełnie się nie troszczą i wynikiem głębokiego nieuctwa są partie instrumentalne, które często są zupełnie niemożliwe do wykonania. Muzycy orkiestrowi dużo na ten temat mogą powiedzieć i wiele, nawet bardzo znanych współczesnych dzieł muszą ci biedni ludzie grać z uczuciem przykrości z powodu gwałcenia natury swego instrumentu.

[List R. Maciejewskiego do rodziców, 17.04.1949.]

Maciejewski jawnie krytykował awangardzistów, efekty ich działań niekiedy go szokowały, często nudziły, ale nigdy nie wzruszały. Czasem, poirytowany, nie przebierał w słowach:

Awangarda (najbardziej modernistyczny kierunek w muzyce) jest całkowitą histerią. Nienawidzę jej. Awangarda próbuje pogwałcić prawa fizyczne i muzyczne. Tak się nie da. Awangarda donikąd nie prowadzi. Potrzebna jest tyle, co choroba.

[Wywiad z R. Maciejewskim, „Gőteborg-Posten Nordost”, 20.11.1980. Tłum. Natalia Walawender.]

Raziło go wiele, w szczególności wspomniany brak podstawowych wyznaczników dobrego rzemiosła, szukał też przyczyn zewnętrznych związanych z kierunkiem, w jakim poszła sztuka. Warto w tym momencie przytoczyć kilka jego wypowiedzi o różnych aspektach dzieła muzycznego. Pisał m.in.:

Rozbicie formy muzycznej jest odzwierciedleniem tego, co dzieje się w psychice człowieka, w życiu między ludźmi i narodami… Dlatego staram się zachować dystans wobec współczesności.

[L. Winnicka, W poczekalni nieba. Rozmowy o życiu i \śmierci, Warszawa 1999, s. 139.]

Niekoniecznie słuchacz musi sobie zdawać sprawę, jak coś jest zrobione, ale żeby przykuć jego uwagę muszą być pewne kierunkowe napięcia. I to jest właśnie jedna ze słabych stron tzw. muzyki awangardowej, że brak tych napięć, są plamy położone obok siebie, bez intencji jakiegoś konfliktu, czy doprowadzenia do konfliktu, czy rozwiązania.

[Wywiad J. Cegiełły z Romanem Maciejewskim, 29.06.1979.]

Staram się odejść od współczesności. […] Nigdy nie należałem do tego grona artystów, którzy robili tzw. karierę, związaną bardzo często z wymogiem nowości, z ustawicznym pragnieniem zmiany. Zmiany zachodzą także i w sztuce, ale tylko w zakresie środków, bo treści ludzkie zostają zawsze te same. Przecież dzisiaj możemy wzruszać się Bachem tak samo jak dwieście lat temu! A żadne współczesne środki nie wzruszają człowieka, jeżeli są pozbawione fundamentalnych cech ludzkich.

[T. Kaczyński, Rozmowa z Romanem Maciejewskim, „Tygodnik Powszechny” 1961 nr 2.]

Rytm moich dzieł jest na pewno moim własnym rytmem, bo wychodzę tu od siebie; od rytmiki mego spokojnie bijącego, zdrowego serca. […] Realizuję w swoich utworach mój własny oddech – długie frazy oddechowe. Sięgałem po rekordy długości oddechu i te swoje osiągnięcia fizjologiczne realizuję w muzyce.

[T. Kaczyński, Rozmowa z Romanem Maciejewskim, „Tygodnik Powszechny” 1961 nr 2.]

 Jeżeli chodzi o melodykę, to przeważają u mnie długie łuki, będące obrazem funkcji fizjologicznej moich płuc. Nie cierpię na żadne zahamowania pisząc muzykę i nie męczę się nad wyborem środków wypowiedzi, co w pewnym sensie jest konsekwencją właściwego funkcjonowania wątroby i innych organów.

[T. Kaczyński, Rozmowa z Romanem Maciejewskim, „Tygodnik Powszechny” 1961 nr 2.]

Nigdy nie odchodziłem od naturalnych praw akustyki: od dźwięku z całą jego strukturą. Opieram się na diatonicznym trójdźwięku w dole, który w miarę poruszania się ku górze ulega coraz większej chromatyzacji. […] Podstawa współdźwięków musi być u mnie jasno zdefiniowana w basie. Nie ma dla mnie nic brzydszego niż zagęszczenie w basie, dochodzące do zupełnego nierozpoznania dźwięków zasadniczych. Moich zasad trzymania się praw akustycznych natury, nie należy rozumieć jako sztywnego schematu, bo podobnie jak w naturze, istnieją u mnie pewne odchylenia. Przypadkowa atonalność nie oznacza odejścia od elementarnych zasad. Sztuka powinna być w zgodzie z naturą zachowując swoją niezależność.

[T. Kaczyński, W zgodzie z naturą, „Tygodnik Powszechny” nr 12, 1995, s. 12.]

Gros polskich muzyków błąka się po labiryntach nudy i beznadziejności z powodzeniem klecąc szarotonową mozaikę – obraz współczesnego człowieka, gubiącego się w problemach stwarzanych przez dławiącą nas technikę. – Inżynierowie zajmują miejsca artystów – śpiew ustaje, a rosną szumy i hałasy – wyrazy fizjologicznej arytmii serc, rozstroju nerwów i zaniku tężyzny ducha i ciała.

[List R. Maciejewskiego do Wojciecha Maciejewskiego, 17.04 1969.]