Roman Maciejewski

Życie - Życie dla Requiem (Stany Zjednoczone)

Zanim Maciejewski dotarł do Los Angeles, gdzie mieszkał Artur Rubinstein, postanowił odwiedzić przyjaciół w Nowym Jorku i Oshkosh (Wisconsin). W tym ostatnim miejscu zatrzymał się u Kazimierza Kranca, z którym dał nawet lokalnej społeczności  koncert złożony z własnych utworów na dwa fortepiany. Celem jego podróży była jednak słoneczna Kalifornia, wierzył bowiem, że jest to miejsce, w którym nie tylko dane mu będzie w spokoju ukończyć Requiem, ale też korzystać z dobrodziejstw natury, z którą kontakt miał dla niego priorytetowe znaczenie.

Po przyjeździe do Los Angeles zamieszkał najpierw w domu dla gości rodziny Rubinsteinów w Beverly Hills. Wielki pianista Artur ponoć liczył na napisanie i zadedykowanie mu koncertu fortepianowego, ostatecznie jednak Maciejewski poświęcił artyście „jedynie” cykl sześciu Mazurków (do tego złożył go z już istniejących utworów) i Mazura. Rubinstein ponoć żartował, że zwykle rezygnował z wykonywania napisanych dla niego dzieł, a tym razem to kompozytor nie skorzystał z jego propozycji.

Rubinsteinowie chcieli wesprzeć Maciejewskiego swoimi kontaktami, organizowali więc środowiskowe przyjęcia i przedstawiali go znaczącym postaciom ze świata kultury, takim jak np. Samuel Goldwyn z wytwórni filmowej Metro Goldwyn Mayer. I choć plan okazał się sukcesem, bo kompozytor otrzymał posadę dyrektora do spraw muzycznych w tejże wytwórni (Maciejewski mógł podjąć legalną pracę w Stanach Zjednoczonych, gdyż od razu po przyjeździe otrzymał Social Security Account Number: 572 44 2677), to jednak nie potrafił poddać się rygorom pracy korporacyjnej. Rezygnację z pracy skwitował po latach w rozmowie z Elżbietą Markowską tymi słowami:

Atmosferą Hollywoodu nigdy się nie zachwycałem. W swoim życiu miałem to szczęście, że w porę zawsze uciekałem od czegoś, co wydawało mi się niebezpieczeństwem i dla wolności mojej i dla życia bez przymusu.

A w liście do brata, Wojciecha, wyjaśniał:

Przy odrobinie nawet sprytu mógłbym był wtedy zrobić „karierę” w muzyce filmowej, ale nie miałem ani sprytu ani chęci. Wolałem klepać biedę i komponować „Requiem”.

Przy takiej filozofii życia jedynym wsparciem dla niezależności kompozytorskiej okazało się stypendium z Fundacji Huntington Hartford, dzięki któremu w latach 1952–1953 Maciejewski mieszkał w tzw. kolonii artystów (mieszczącej się w kanionie górskim Santa Monica). Na terenie fundacji 12 września 1952 roku odbył się koncert utworów kameralnych Maciejewskiego. W programie znalazła się m.in. Suita hiszpańska (Cancion, Habanera, Perpetuum mobile, Cancion, Fandango), Notturno na flet, gitarę i czelestę, Matinata oraz Kołysanka na trio smyczkowe, flet, dwie gitary i czelestę. Wykonawcami byli: Sol Babitz – skrzypce, Spinosa Paeff – altówka, Maggy Aue – wiolonczela, Jim Farmer – flet, Dorothy de Goede i Guy Horn – gitara oraz Roman Maciejewski – czelesta.

W 1953 roku stypendium skończyło się, więc Maciejewski zmuszony był opuścić lokum. Zamieszkał w małym domku w Santa Monica, gdzie znowu pochłonęła go praca nad mszą, choć w tym okresie miały też miejsce minimum dwa koncerty z jego utworami.  Z uwagi na pogarszającą się sytuację finansową (zaoszczędzone pieniądze stopniały), Maciejewski jesienią 1955 roku zamieszkał na plebanii polskiego kościoła pod wezwaniem Matki Boskiej Jasnogórskiejw Los Angeles, gdzie znalazł pracę organisty i wznowił aktywność dyrygenta chóralnego, którą kontynuował i w późniejszych latach. Z nowej pracy był szalenie zadowolony, bo zależało mu na stabilizacji i posiadaniu warunków niezbędnych do tworzenia Requiem. Mógł też unikać recitali (choć był przecież świetnym pianistą). W kwietniu 1957 roku pisał w liście do brata, Zygmunta:

Nie mam […] żadnych kwalifikacji jako koncertujący wirtuoz – każde publiczne wystąpienie kosztowałoby mnie teraz najmniej dwa miesiące powierzchownego przygotowania […]. Nie chcę przez to powiedzieć, że tak zawsze będzie i że na zawsze wyrzekłem się kontaktu z szerszym gronem słuchaczy […].

Pomimo pozytywnego odbioru jego pracy i zaangażowania w życie parafii, już w 1958 roku musiał pożegnać się z kościelnym zatrudnieniem. Wiernym zaczął przeszkadzać bowiem jego niekonwencjonalny styl życia – praktykowanie jogi, spanie na tarasie czy kąpanie się nago w oceanie. Na szczęście pomocną dłoń wyciągnął przyjaciel z gminy żydowskiej – Jack Blackman, który zaprosił go do domu, w którym mieszkał z matką, aby tam mógł w spokoju ukończyć pracę nad Requiem.

Od mniej więcej 1957 roku (kiedy to Maciejewski otrzymał wsparcie finansowe, które umożliwiło mu zrobienie fotografii mikrofilmowych, oprawę pierwszego tomu Requiem i stworzenie wyciągu fortepianowego) kompozytor zaczął intensywnie myśleć o promocji swojego utworu, chciał zainteresować nim różne kręgi artystyczne – zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Polsce. Do zaprzyjaźnionej z nim Ireny Cittadini pisał:

Po długich latach ciężkiej pracy dzieło moje zbliża się do ostatecznego celu, to jest do wyjścia na świat szeroki, żeby się stać własnością tych mas, któr[e] w rozrywkach naszych czasów na próżno szukają chwil wzniesienia się ku jaśniejszym sferom.

Maciejewski myślał też po cichu o powrocie do kraju, snuł marzenia o festiwalu oratoryjnym w Poznaniu albo w Warszawie. Tymczasem realne okazało się zaprezentowanie Requiem w Warszawie. Wyjazd kompozytora do Polski na prawykonanie utworu został wsparty finansowo przez Fundację im. J.I. Paderewskiego, która w 1959 roku przyznała Maciejewskiemu swoją nagrodę. Samo dzieło zabrzmiało natomiast 20 września 1960 roku na IV Międzynarodowym Festiwalu Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień”. Wydarzeniu temu towarzyszyły ze strony kompozytora krajne emocje. Oczekiwanie na uznanie, ulga, że po tylu latach wraca do ojczyzny z dziełem swojego życia oraz nadzieja, że kompozycja nie przejdzie bez echa mieszały się z licznymi wątpliwościami (przed i po samym wykonaniu). W wywiadzie udzielonym w Los Angeles piętnaście lat później Maciejewski przyznawał:

Nie było wątpliwości, że moje dzieło, dzieło Polaka, który przebywa poza krajem przez ćwierć wieku, zostało wybrane przez władze komunistyczne dzięki jego konserwatyzmowi. W tym samym czasie, młoda generacja kompozytorów nie mogła wypierać się swoich muzycznych przekonań.

[Composing Disturbs His Composure, „Los Angeles Times”, 26.10.1975.]

Z drugiej strony, tuż przed prawykonaniem rozniosła się wieść, że Wydział Kultury Komitetu Centralnego PZPR odmawia prezentacji dzieła o wymowie religijnej. Prawdopodobnie za sprawą interwencji przewodniczącego Komitetu Radia i Telewizji – Włodzimierza Sokorskiego w Komitecie PZPR udało się jednak wyciszyć całą sytuację i uniknąć skandalu.

Recenzje po wykonaniu także były skrajne: jedni wskazywali na ponadczasowość dzieła, dla drugich był to czysty eklektyzm, paradoksalnie więc najbardziej awangardowy w tym kontekście stał się.. zachowawczy język kompozytorski. Czy jednak rzeczywiście prezentacja utworu w środowisku osób nastawionych na inne doznania stylistyczne miała sens? Czy o to chodziło Maciejewskiemu?

Od strony osobistej podróż do Polski chyba także była trudna dla kompozytora, jego ekscentryzm mógł być niezrozumiały w komunistycznej ojczyźnie. Potwierdzenie tego przypuszczenia można odnaleźć w słowach przyjaciela z czasów młodości, Jerzego Waldorffa, który opublikował takie – zapewne bolesne w odbiorze – wspomnienia:

Skorom go ujrzał, myślałem, ze zemdleję. Miałem w pamięci czarnowłosego chłopca, a ujrzałem starego proroka, z kępami siwych kłaków na łysiejącej głowie, z oczyma płonącymi niesamowicie, gdy miejsce dawnego szerokiego uśmiechu zajął grymas ni to goryczy, ni to osłupienia wobec zaskakujących zjawisk świata. […] Na pobyt w ojczyźnie ludowej wybrał rodzaj białego półhabitu mnisiego z kapturem, do czego zapuścił brodę, sypiał na podłodze, żywił się jedynie surowymi jarzynami.

[J. Waldorff, Dziwne przygody polskiego Peer Gynta, „Świat” 1966 nr 30, z 24.07., s. 15.]

Maciejewski wyjeżdżał z Polski bogatszy w spotkania z przyjaciółmi i rodziną, propozycjami pracy, z których nie skorzystał, dokonał także nagrań radiowych kilkunastu swoich kompozycji (m.in. Mazurków i utworów na dwa fortepiany, wspólnie z Jerzym Lefeldem). Na pewno jednak musiał być zdziwiony, że jego ukochane Requiem nie zyskało takiej aprobaty, jakiej się spodziewał…